top of page

 

Requiem dla snów. Reżyser: Michał Nowicki. Scenariusz i dramaturgia: Aniela Płudowska. Teatr BARAKAH, Kraków, 8.06.2024 r.

 

 

Szczęście instant w czasach post pop-kultury

 

               

 

                 Mocne wejście. To się chyba nazywa tłusty bit. W jego rytmie trójka ludzi, na oko młodych, pięknych, z pewnością sprawnych fizycznie. Harry, Cygan i Love. Z pewnością względnie niezależni i z pewną dozą wiary, że życie jest do opanowania w formie klubowego show.  Trójka młodych bohaterów „Requiem dla snu” w reżyserii Michała Nowickiego, przedstawia się, tak się przedstawia, wskakując w hip hopowym stylu na scenę Teatru BARAKAH w dniu premiery, 9 czerwca 2024 r.  W innego rodzaju rewię niż młodzi klubowicze, wierzy starsza bohaterka, matka jednego z wyżej przestawionych, Sara Goldfarb, pozostająca tyłem do rewii, siedząca na obrotowym krześle, nos w nos z widownią, nie widzi co dzieje się za jej plecami.  Jej namiętnością jest show telewizyjne, obsesją - myśl o tym żeby odepchnąć troski o wszystkie trudne sprawy świata, zająć się sobą, zdobyć uznanie. Dowiemy się tego gdy za chwilę zdecyduje się skorzystać z pewnej terapii, gwarantującej zmiany.

​

Czwórka głównych bohaterów spektaklu odpowiada z grubsza postaciom ze znanego filmu Darrena Arfonsky’ego. Oprócz nich występują też oferujący - w zależności od potrzeb - liposunkcję, psychoterapię lub działkę, Doktor oraz jego tresowani asystenxi, czasami wcielający się w personifikację środków psychodelicznych dostępnych w tabletkach.  Dwoje muzyków podkreśla całość graną na żywo muzyką, nie wikłając się osobiście w przebieg akcji.  Fabuła, którą będziemy śledzić przez mocne 125 minut, w głównych zwrotach akcji przebiega równolegle do wątków produkcji filmowej o tym samym tytule. I tak, jak film „Requiem dla snów” odnosił się do żywych i bolesnych aspektów rzeczywistości przełomu lat dziewięćdziesiątych i dwutysięcznych, tak spektakl „Requiem dla snów” obrazuje żywe i bolesne fragmenty tkanki współczesności trzydzieści lat później, czyli dziś. Nie pozwala zapomnieć, że sztuka odnosi się do nas, bezpośrednio. Dawkuje w kolejnych aktach niełatwą tezę o pewnych aspektach tego, co nazywane jest „naturą ludzką” lub wewnętrznie sprzecznym behawiorem gatunku homo sapiens.

​

Przekaz sceniczny pozwala przy tym, moim zdaniem, na więcej niż film, nawet jeśli ten drugi posuwa się do większej bezpośredniości w poziomach obrazowania brutalności. Przez żywą obecność aktorów wiele rzeczy między widownią, a sceną może odbywać się organicznie, na poziomie odbioru zmysłowego, reakcji substancji krążących w ciałach widzów na sceny pokazywane przez ciała aktorów. W teatrze dostajemy treści niemalże dożylnie, jak dawki narkotyku, które zabierają bohaterów „Requiem...” w kolejne podróże. Szczególnie w teatrze takim jak BARAKAH, gdzie granica między pokazującymi, a patrzącymi jest rysowana raczej ołówkiem i linią przerywaną, pozwalającą włączać widza w bezpośrednią obecność przy lżejszych momentach (na przykład podczas pierwszej sceny „klubowej”), dając jednocześnie bezpieczny dystans na przeżycie treści trudniejszych.  

 

Tu - w kontekście tematu sztuki, wyłania się pytanie, czy można się od teatru uzależnić, a za nim następne, czy to byłoby źle i już biegnie zza węgła odpowiedź, że to zależy... Jednak skupmy się na tym, co warte opisania, a związane bezpośrednio z dziełem, które ma być opisane. Pozostając na płaszczyźnie słów - niesamowitym zabiegiem narracyjnym jest połączenie języka teatru klasycznego z treścią należącą do świata współczesności. Obok znanego filmu w treść fabuły wplecione są odniesienia do innych dzieł. Wśród wymienionych w opisie spektaklu znajdujemy m.in. tekst pt. „Głodni” Anieli Płudowskiej i to jej, zdaje się, zawdzięczamy to zestawienie przeciwstawnych wartości, z którego - jak w koncepcji religioznawcy, Mircei Eliadego opisywanej jako coincidentia oppositorum - wynika nowa jakość. Jest w tej jakości polot, subtelność i moc szyku rymu przestawnego, zaaplikowanego do współczesnego sposobu pakowania myśli w słowa, a tych w wypowiedzi.

Dalej - na płaszczyźnie różnych aspektów formy, można wyliczać nawiązania do innych tekstów kultury, powstałych przed i po fabule będącej wiodącą inspiracją filmową. Są pośród nich rzeczy takie jak choćby „Wesele” Wyspiańskiego: „A sen to miałam, / choć nie spałam, / ino w takij ległam niemocy”… Mówi główna bohaterka, Love, (grana przez wspomnianą scenarzystkę, Anielę Płudowską) pogrążona w narkotycznych stanach. Z kolei do bliższych czasowo odniesień nawiązuje, grany przez Dawida Tasa bohater o ksywie Cygan, gdy, odtwarzając w ruchu scenicznym moment wewnętrznej walki, powtarza niemal jeden do jednego gestykulację Smeagola/ Golluma, toczącego z samym sobą dialog w jednej ze scen filmu „Władca pierścieni. Dwie wieże.” W innym momencie, pod koniec spektaklu, widzimy przebranego za Sarę Goldfarb (niestety niektóre zabiegi nie wyszły tak jak zaplanowano, więc ktoś musiał ją zastąpić) Doktora, trzymającego ciało jednego z bohaterów w pozie do złudzenia przypominającej figurę Matki Boskiej opłakującej Syna, znanej jako Ṕieta.

 

„Requiem dla snów” jest drugim spektaklem Teatru BARAKAH, w którym uczestniczyłam w roli widza, więc może to za wcześnie żeby wyciągać wnioski o całości repertuaru, ale wydaje się specyfiką tej grupy, że tworzone przez nich scenariusze są mozaiką, kolażem albo siecią. Poszczególne elementy nawiązują do czegoś innego i do czegoś, co już znamy, się odnoszą. Tych splotów jest sporo i sam proces odgadywania angażuje umysł do gry w odkrywanie znaczeń, układających się w opowieść powielaną przez różnych artystów, z wykorzystaniem różnych form wyrazu, krążących wkoło podejmowanych treści. Jakby twórcy BARAKAH próbowali z dostępnych dzieł wyciągnąć sedno, stosując metodę skracania ułamków. Raczej z powodzeniem, choć to, co zostaje na końcu, jako wynik działania, wcale nie jest łatwe do zaabsorbowania. Na pewno nie w „Requiem dla snów”.

 

Fabułę można ująć w ramy między dwoma cytatami wypowiadanymi przez Harrego.  „A ja dziś rano wstałem / i nic musieć nie muszę / i mogę robić co zechcę / bo mam czas karmić duszę / mym sproszkowanym szczęściem.” Ten refren pojawia się kilkukrotnie z różnym ładunkiem emocjonalnym. Od dezynwoltury w pierwszym wykonaniu do goryczy rezygnacji z walki o siebie i uwikłania w scenie finałowej. Stan bohaterów, do którego prowadzi rozwój akcji, z kolei trafnie oddaje poetycka fraza:

 „Znikam w kroplach krwi, tańczących w strzykawce. / Rozpływam się w resztkach ekstazy oddawanej z moczem.”

Kiedy spotykamy bohaterów, kipią entuzjazmem, uśmiechnięci do swoich imaginacji podtrzymywanych ulubionymi substancjami. Żegnamy ich zawiniętych w pieuchomajtki lub pogrążonych w rozpaczy. Między tymi biegunami obserwujemy stopniowo postępujący upadek, którego źródła osadzone są w przeszłości.

 

Twórcy spektaklu podejmują się analizy relacji między bohaterami oraz ich relacji do samych siebie. Widzimy je jako międzypokoleniowy system naczyń połączonych. Główni  bohaterowie - tak matka, jak syn, kolega i dziewczyna syna - sięgają po doraźne środki uśmierzające ból, jednak źródeł tego bólu upatrują nie tam, gdzie one są. Widzimy rodziców - przemocowych albo nieporadnych, truchlejących w zetknięciu z problemami swoich dzieci i tak jak dzieci, szukających ukojenia tkwiącego głęboko niepokoju. Widzimy wkraczających w dorosłość synów i córki, młodych dorosłych - po terapiach w różnych nurtach, biegle orientujących się w nomenklaturze psychologicznej, lub przeciwnie - usilnie próbujących pomóc rodzicom i samym sobie, harujących i z braku czasu olewających nurt samopoznania. Z tym ostatnim każdy z nich ma problem. Szukają się nawzajem w grach bliskości, odrzucenia, obietnic i uwikłania. Szukają siebie w tym, za co można zapłacić pieniędzmi - narkotykach (młodzi), zabiegach odchudzających oferowanych przez doktora hohsztaplera (matka). Wszyscy chcą dobrze. Niezalenie od tego w jaki rodzaj nałogu dryfują bohaterowie, pod ich dobrymi chęciami znajduje się całe morze odrzucenia, samotności i pustki. Wszyscy dają się oszukiwać. Wszyscy oszukują siebie. Wierzą, że „Życie to teleturniej, dla tych, którzy grają” i widzą siebie w oparach uznania, przyjaźni, ba, sławy. Oczywiście, po zainwestowaniu w terapię. Lub inaczej - wierzą, że pomogą sobie, rodzicom i zbudują stabilną przyszłość, bo „Życie to teledysk dla tych, którzy w parze.” Trzeba tylko dobrze opchnąć kilka działek, a następnym przystankiem będą bagietki na śniadanie spożywane z dziewczyną pod wieżą Eiffla w czasie wakacji w Paryżu.

 

„Requiem dla snów” to podróż od  sięgnięcia po spełnienie marzeń w wersji instant, przez zaprzeczenie porażki, stopniowe zapadanie się, zapadanie się tak beznadziejne, że znamy ta kalkę z różnych filmów, z różnych tekstów kultury, a jednak, widząc je w wykonaniu aktorów na scenie czujemy skręt kiszek i napięcie w całym ciele. Gdzieś na dnie tego obrazu jest świadomość, że nie tak wiele dzieli nas od bohaterów spektaklu. Czy i my nie mieliśmy zrekompensować nieudanych ambicji naszych rodziców? Czy i nas nie prosili „Przyniesiesz nam dumę, synu, prawda, że przyniesiesz nam dumę?” Albo bardziej cynicznie i bez uległości: „Rowy też trzeba kopać, nie martw się.” Poza tym... Widzimy tych kolesi, czy te kolesiówy w (tak zwanym) realnym życiu. Na Plantach, leżących na ławeczce w słoneczny dzień, nie śpiących, lecz w takiej pogrążonych niemocy... W życiorysach znajomych z liceum, którzy tak dobrze się zapowiadali. A może bliżej? Końcowym przystankiem tej podróży jest nasza własna pusta przestrzeń, która grozi zapaścią.

 

Sednem, do którego sięgają w różny sposób w różnych momentach sztuki aktorzy jest relacja ze sobą pokazana przez pryzmat relacji z bliskimi. Ambiwalentna gra, w której raz „Wydaje ci się, że jesteś tym dobrym kolesiem, za którego się uważasz.”, a raz „Wydaje ci się, że jesteś tym bezwartościowym [...].” Za którego też siebie uważasz.

Za którego siebie uważasz? Okazuje się, że to nie istotne. Niezależnie od odpowiedzi, czegoś nie zauważasz. Siebie nie zauważasz. Nosisz siebie w sobie takiego niezauważonego, aż spotwornieje i wyczyni coś czego nie sposób całkiem wytłumaczyć przed sobą... Przekazujesz to niezauważenie w międzypokoleniowym krążeniu danych bazowych kształtujących osobowość. Dobitnie pokazuje to scena, w której zmieniona po operacji plastycznej matka Harrego, Sara, z desperacją i wyrzutem wypomina synowi: „Ty wcale na mnie nie patrzysz!”  Żałosna figura przywołuje na myśl inne obrazy z życia rodzinnego. Te pokazane na scenie i te znane z życiowego doświadczenia. W głosach i postawach rodziców bohaterów odbija się echem nie użyta w spektaklu ale pasująca fraza: „Patrz na mnie, kiedy do ciebie mówię!” Każdy z głównych bohaterów wola to bezgłośnie do siebie, a niememu wołaniu odpowiada głuche echo.

 

Tęsknota za prawdziwością, za byciem widzianym i zauważonym, czy docenioną i kochaną prowadzi bohaterów do sięgania po placebo spełnienia, jednak bez możliwości osiągnięcia sukcesu. Bo, w pierwszej kolejności nie widząc siebie samych, więc nie mają możliwości pokazać się nikomu na zewnątrz. Stąd uwikłanie w próby tworzenia obrazów siebie z dostępnych elementów mozaiki, odbić w telewizyjnych lustrach, planów i ambicji innych ludzi, pragnień ciągnących szybko do przodu po zaspokojenie. Kończy się w pustce, w potłuczonym kalejdoskopie, w którym pływają zawieszone w organicznej mazi podobizny osób.

 

A wszystko to pokazane w 125 minut, w formie estetycznej, w której zadbano o najmniejszy szczegół, taki jak światło odbijające się w brokacie pod oczami asystentki doktora, tworzące wyimaginowane, choć sugestywnie prawdziwe łzy. Pokazane płynnie, jak taneczny ruch aktorów, wymagający i dopracowany. Szeroko, mimo wąskiej przestrzeni sceny i niewielkiej widowni, w sali wyłożonej holenderskimi kaflami z czasów, kiedy przed wojną była tu mykwa żydowska. Warto się w tej przestrzeni znaleźć.

 

Strona internetowa spektaklu

 

 

 

 

reżyseria: Michał Nowicki

scenariusz i dramaturgia: Aniela Płudowska

muzyka: Piotr Korzeniak, Paweł Stus

choreografia: Martyna Dyląg

scenografia i kostiumy: Monika Kufel

kierownik budowy scenografii: Adam Hanuszkiewicz

video: Michał Nowicki, Michał Stawski, Aniela Płudowska

obsada: Martyna Dyląg, Michał Kościuk, Monika Kufel, Kacper Kujawa, Aniela Płudowska, Marek Puchowski, Dawid Tas

 

Data prapremiery: 8 czerwca 2024

  • Facebook


a.karmelita@gmail.com

bottom of page