nie ma innej wody, niż głęboka
- akarmelita
- 1 gru 2024
- 5 minut(y) czytania
Zaktualizowano: 10 lut

Pierwszy grudnia już, panie. Na prowincji poranek był czysty i złoty, dopiero później znad rzeki pomału wyroiła się mgła. Widziałam, kiedy wyszłam z psem. Poranki tu zaczynam od niej, albo od siebie, żeby nie wprowadzać zbyt zobowiązującego rytmu. Naprzemiennie, czasem najpierw sama jem i piję kawę, a czasem karmię psa. Zwykle przed jednym czy drugim rozpalam w kozie. O tej porze roku, mogłabym dodać, ale nie mieszkałam tu w żadnej innej porze roku, niż jesień. Różne jej pory.
Dziś był dzień psa, marnie się wczoraj czuła. Może kiedy zostawiłam ją, wyjeżdżając do Lublina, w poprzednim miejscu zamieszkania, bała się, że już po nią nie wrócę i zachorowała? Jest już lepiej. Lubię ten pysk i błyszczące oczka. Teraz patrzy na mnie z poduszki na kanapie, królewna foka z mokrym nosem. Zrobiłam kawę i trzy naleśniki. W międzyczasie mgła obejmowała kolejne przestrzenie, otuliła całe wzgórze Orlich Skałek. Dwa zjadłam z dżemem od Laurencji, jeden czysty. Skończył się słoik. W tym dżemie było wszystko co potrzebne w listopadzie. Dynia, skórka cytryny, jabłko, kolor głęboko żółty, imbir, struktura aksamitnego ciepła, nawet po wyjęciu z lodówki.
Wyjeżdżając, zostawiłam słoik na blacie, a kiedy wróciłam, następnego dnia wieczorem, zobaczyłam ślady po sobie i wydawało mi się, że to niemożliwe, żeby nie było mnie tu tylko jedną noc. Że to wydarzyło się poprzedniego poranka. Smarowanie kanapek, przekrajanie ich, wkładanie do plastikowego pojemnika. Ale jednak, to było tak. Jakieś trzydzieści sześć godzin. W tym czasie uczestniczyłam w opowieści o życiu, które trwa już 89 lat i słuchałam jej od początku do czasu obecnego. Wzięłam udział w slamie, przeczytalam kilka tekstów, którymi dotąd nie dzielilam się publicznie. Budowanie wiary w siebie to proces długotrwały. Ostatnio bywają momenty przełomowe. Na przykład u Gosi Haduch na warsztatach tańca improwizowanego do muzyki generowanej przez sztuczną inteligencję. A wcześniej przekonywałam się pomału we wszystkich innych spotkaniach i wymianach spojrzeń, że życie nie jest takie śmiertelnie groźne, jak straszono. I przekonuję się nadal i to przekonanie buduje we mnie coś, dzięki czemu życie jest obiecujące. Tam, gdzie jesteśmy wodno - lądowymi zwierzętami. I jeszcze w Lublinie spotkałam się z rodziną i Anią, z którą w punkcie przełomowym szukałam Nadziei. Zauważyłam też, że Lublin zajmuje miejsce Nadziei w niezmienności czegoś, co się zawsze zmienia. To w tych około 36 godzinach.
Mgła, która przyszła, przepuszcza światło, tylko zmienia jego kolor. Teraz wszystko skąpane jest w srebrze, słońce rozproszone w powietrzu, jakby to nie był grudzień, ale obrazek, wygenerowany przez sztuczną inteligencję. Rośliny pokojowe muszą mieć wyżerkę z tych srebrzystych, a wcześniej złotych fotonów. Odsłonię okno dla bluszczu, może wypuści dziś nowy liść, wyłania się dość nieśmiało od jakiegoś czasu. Mam w zlewie trochę naczyń, dobrze, że wczoraj zrobiłam pranie, bo woda dziś ledwo delikatnie ciurka. W niezależnym królestwie prowincji, w którym zamieszkałam, mamy kłopoty z wodą, dotarła tu susza, woda jest reglamentowana. W małym domku i tak mam szczęście, bo coś się sączy w dni, kiedy u sąsiadek nie ma jej wcale. Wodą tu rządzi spółka wodna DOBRO. Mamy też wspólnotę leśną DOBRO, która odpowiada za reglamentację tutejszego Lasu. Z lasu jest ciepło i dużo więcej, w moim prywatnym użytku. Rano rozpalam w kozie, na szczęcie spółki są odrębne i do zrobienia ciepła nie potrzeba mi wody, w tym układzie, w którym tu jestem. Ludzie mają różnie, niektórzy mają instalację wodną i wtedy kopią studnie głębinowe. W tym roku woda nie wróciła na jesień i jest obawa. Jest obawa, jest odpowiedź, studnia głębinowa. To jak jesteś u siebie, ja tu wynajmuję dom, w którym ogień i woda są osobno. Inaczej byłoby zimno, mam tu po dziesięć stopni, kiedy wstaję, nie chce mi się w nocy budzić się, podkładać, wolę spać. W nocy niech ogrzewają sny.
Zasnęła na swoich poduszkach, księżniczka psinka.
Jestem tu totalnie po środku wszystkiego. Niekończąca się faza liminarna, chociaż mam wrażenie, że zdałam już egzamin z rytuałów przejścia, to cięgle tu jestem. Od trzech miesięcy lub nie wiadomo od kiedy, wieczność. W małym domku, pośrodku królestwa, na uboczu. Jakbym była po menopauzie, dzieci rzucałyby za mną zgniłe śliwki, a kiedy bym się odwróciła, uciekałyby z krzykiem. Ale jestem za młoda na taki respekt i szacunek, jeszcze wszystko przede mną, jeszcze mogę uregulować swój status ontologiczny w oczach najmłodszego pokolenia. Na razie wychodzę raczej do kapliczki koło bibilioteki. Na razie tylko raz mi ktoś przylepił na szybę samochodu naklejkę, coś o ośle i złym parkowaniu. Znalazłam ją rano, zeszła łatwo, bo był mróz, roztopił klej. Kapliczka ma formę niewielkiego domku o bryle wielkości może jednej szóstej mojego. Jak dla Maryjki z Jezusem na rękach to całkiem spora chałupa. Poświęcona pamięci ofiar reżimów totalitarnych, opatrzona datą (chyba) 1947. Jej mieszkańcy w dzień śpią, a w nocy czuwają, roztaczając w promieniu kilku metrów światło żarówek. Wkoło obrazu, na którym zamieszkali, owinięta jest aureola choinkowych lampek. Nie wiem czy ktoś co wieczór je zapala czy jakaś mądra instalacja elektryczna pilnuje godzin czuwania i snu Panienki z Dzieciątkiem na ręku. Ktoś na pewno dogląda tego interesu, żeby nie przepaliły się lampki, wymieniły żarówki, baterie i wszystko co oświetla mi wieczorne spacery z psem. W dzień czasem chodzimy do lasu, gdzie ofiarowuję drzewom całe swoje zwątpienie i zawsze, kiedy wracam, jest mi lżej. W dzień Matka Boska odsypia nocne czuwanie. Nie widać nic zza ciemnych za dnia szybek tej jej rezydencji.
Ja wiem, że to jest zupełnie wyjątkowy czas. Taki czas raz na całe życie. W środku móc się zatrzymać. Coś jak prezent od wszystkich wymyślonych i żyjących bogów. Gdybym tylko umiała odplątać się od niepewności. W powietrzu jest dziś coś bardzo dobrego. Czuję to, kiedy wychodzę na taras, zrobić zdjęcie dokumentujące, jak mgła znowu ustępuje słońcu. Przeszedł ten obłok przez wzgórza, otulił i oddał nietknięte i lśniące teraz jeszcze bardziej, niż wcześniej. Doświadczam tu wszystkich stanów skupienia w koncentracie, jakbym miała okazję raz w życiu przyjrzeć się swojej duszy z bliska i z daleka. To nie zawsze jest łatwe. Płakałam już dużo, a jeszcze, czuję, mam gdzieś zatrzymany potok łez, wzbiera w kącikach oczu ale wraca, z jakiegoś powodu nie może wypłynąć. Koleżanki mówią, że zazdroszczą mi. Wiem, bo jest czego, sama sobie zazdroszczę i zazdroszczę im, bo dlatego jestem teraz tu, żeby później móc być bardziej tam. To jest faza przejścia, chociaż wciąż gdzieś w potencjalnych rozwinięciach istnieje ryzyko zatrzymania się w tym stanie i tych dzieciaków, ze zgniłymi śliwkami. Utknięcia w fazie przejścia. Podobno z niektórymi tak się staje. Miałabym dwanaście kotów i odkładała telefon z przekleństwem „psiakrew”, kiedy zdzwoniłby ktoś, z kim nie chciałabym rozmawiać.
Muszęzapytać drugiej babci czy opowie mi swoją historię. To jest ta strona przeszłości, o której nie wiem nic i chciałabym tą niewiedzę odgruzować, na ile się da, oczyścić z mułu.
„To czego nam trzeba to jasność widoku. Życie, ile się da, oczyszczone z mułu” (J. Hartwig)
Jest godzina za pięć jedenasta. Ostatni parafianie jadą drogą obok mnie do kościoła. Pójdę do lasu na spacer, wykąpać się w tym powietrzu i świetle. Później będę pracować. A o szesnastej grają w zaprzyjaźnionym królestwie „Bukowskie wesele”. Pojadę. Jak nie jechać na wesele.
Comments